Mniej może znaczyć lepiej i to nie tylko od święta

 

Przygotowania do Świąt Bożego Narodzenia większości z nas kojarzą się z obfitością. Wielkie są zakupy, towarzyszące im kolejki no i oczywiście wydatki. U Katarzyny Kędzierskiej od lat jest inaczej: mniej znaczy lepiej. I to nie tylko od święta.

Narzekamy na drożyznę. I słusznie. Ceny szybują w górę nie tylko ze względu na inflację, ale też dlatego, że „idą święta”. Na jedzenie, dekoracje i koszty świątecznych podróży, zamierzamy w tym roku wydać 969 zł. Co ciekawe – według najnowszego badania Barometr Providenta – niewiele mniej, bo średnio 747 zł, planujemy przeznaczyć na prezenty. Tyle statystyka. Będą na pewno tacy, którzy wydadzą więcej, ale także i tacy dla których święta oznaczają skromniejsze  wydatki. Tylko jak w przedświątecznych przygotowaniach nie zapomnieć o tym co dla nas najważniejsze? Z Katarzyną Kędzierską*, blogerką (autorką https://simplicite.pl/), prawniczką i minimalistką rozmawiamy o tym, czy właśnie teraz mniej może dla nas oznaczać więcej?

Jak wyglądają u Ciebie przygotowania do świąt?

– Spokojnie. Nie ulegam przedświątecznej gorące. Lata blogowania i rozmowy z ludźmi podpowiadają mi, że coraz więcej osób zwalnia. Kiedy 10 lat temu zaczynałam pisać o minimalizmie to byłam trochę takim dziwakiem z internetu, który pisze o jakiś niestworzonych rzeczach, że nie potrzebujemy tak dużo, że mniej to w efekcie oznacza dla nas więcej. Ale wiele się zmieniło. Mam poczucie, że przestałam odstawać od otoczenia. Stajemy się bardziej świadomymi konsumentami. Dla wielu osób minimalizm, Zero- czy Less Waste nie są niczym nadzwyczajnym, stały się w jakimś zakresie lub w pełni codziennością. Coraz częściej zwracamy uwagę na to, co i ile kupujemy. Gotujemy w mniejszych ilościach, dzielimy się z innymi, wymieniamy. Często słyszę też o alternatywnym sposobie świątecznego obdarowywania się prezentami: losujemy jedną osobę albo robimy świąteczne prezenty tylko dzieciom.

Czas przedświątecznych przygotowań to dobry moment, żeby zauważyć, że czasem mniej, tak naprawdę znaczy lepiej i więcej?

– Oczywiście najłatwiej byłoby, gdybym podała 10 lub 20 sposobów na świąteczny minimalizm, ale to byłoby znaczne uproszczenie. Głęboko wierzę, że bardziej pomogą odpowiedzi na pytanie, czym dla mnie jest „więcej”, a czym „mniej”? A tu już nie ma uniwersalnej odpowiedzi, zbyt mocno się różnimy i dla każdego z nas coś innego jest najważniejsze, cenimy też inne aspekty tradycji świątecznych. Wybierzmy zatem te, które dają nam radość, są dla nas wyjątkowe. Właśnie im poświęćmy czas, zamiast próbować zrobić wszystko. Dla mnie to kwintesencja tego, że mniej znaczy lepiej.

Przykład…

– Choćby ozdoby świąteczne. Potrafię ograniczyć się do kilku ozdób świątecznych dla mnie najważniejszych. Może brzmi to jak banał, ale minimalizm taki właśnie jest – zdroworozsądkowy. Wymaga tylko pewnej dyscypliny. Nie kupię czterdziestej bombki, bo wystarczająco wartościowe są dla mnie te, które mam i kocham od dziecka…

Piszesz na blogu o porządkowaniu szaf, finansów… Od czego zacząć?

– Od szafy, książek i nie można także zapomnieć o „przydasiach” J, czyli o tym, co zbieramy i z tego w ogóle nie korzystamy. Zadajmy sobie pytanie „po co mi to”? Powodów do odpowiedzi na to pytanie jest tyle, ile osób. U mnie zaczęło się podczas przeprowadzki od pokaźnej biblioteczki z książkami. To było dla mnie trudne, bo wyrosłam w domu, w którym książki były bardzo ważne. Dużo czytałam i nadal dużo czytam. Jednak na refleksję, że „posiadanie książek nie znaczy to samo co ich czytanie” potrzebowałam czasu. Kolejnym etapem było porządkowanie szafy. I też nie było łatwo. Szafę Minimalistki opisywałam na blogu. Nie tylko dla mnie, ale też dla tysięcy osób okazało się inspirujące jak odkryć w szafie to, co naprawdę chcemy nosić i jak niewiele ubrań wystarczy do stworzenia kreatywnych zestawów. Szafa Minimalistki stała się znakiem rozpoznawczym mojego bloga i wciąż budzi zainteresowanie.

Bo za dużo kupujemy?

– Żyjemy w świecie, który ultraszybko się zmienia, a my za tymi zmianami po prostu nie nadążamy. Próbujemy sobie z tym poradzić. Jak? W sposób nam znany, a dodatkowo wspierany machiną marketingową nachalnie namawiającą, żeby ciągle kupować coś nowego. Nie umiesz poradzić sobie ze sobą? Nie możesz mieć życia, jakie byś chciał/a? Jest rozwiązanie – zrób sobie prezent. I tak kupujemy „wymarzone życie”. Tylko, że wzorce szybko się zmieniają i to, za co zapłaciliśmy tydzień, albo miesiąc temu dziś jest już nieaktualne, bo obowiązuje nowy trend. Nagle okazuje się, że nie wystarczy kupić nową sukienkę, mebel lub samochód, a otaczanie się „wymarzonymi przedmiotami” nie sprawia, że czujemy się szczęśliwi. I co, mamy w nieskończoność poddawać się tej iluzji?

Może brakuje nam w tym wszystkim przestrzeni dla siebie i drugiego człowieka?

– Nie bez powodu wiele osób, które zaczynają od porządkowania w strefie materialnej – w szafie, domu, „przydasiach” – z czasem zaczyna porządkować swoje życie niematerialne. Zwracamy uwagę na chaos wokół nas, na media społecznościowe, które więcej nam zabierają niż dają. Stajemy się uważniejsi na relacje z ludźmi, którymi się otaczamy – weryfikujemy znajomości, przyjaźnie i przychodzi czas na „porządek w głowie”. Chcemy poznać siebie, swoje potrzeby, usłyszeć siebie.

Dlatego zrobiłaś detoks w mediach społecznościowych?

– Zrezygnowałam z nich. Miałam już dość. Ta decyzja dojrzewała we mnie długo. Czułam się wypalona. Kilka lat temu, kiedy zaczynałam pisać w mediach społecznościowych nie było takiego natłoku reklam, tak niesamowicie trudnej walki o czytelnika, zabiegania o kolejne lajki i serduszka…. Uświadomiłam sobie, że ta walka mnie spala, zwyczajnie za dużo mnie kosztuje. Wycofałam się na dzień przed napaścią Rosji na Ukrainę. I przyznam szczerze, że w tej trudnej sytuacji było dla mnie ulgą, że nie muszę publicznie zajmować stanowiska, brać udziału w rozstrzyganiu najróżniejszych dylematów. Przestało mnie to w sferze publicznej dotyczyć. Już do tego nie wrócę. Dostaję wiele sygnałów, że coraz więcej osób rezygnuje z mediów społecznościowych. Niektórzy potrzebują przestrzeni, inni nie chcą wybierać, czy będą płacić pieniędzmi czy swoimi danymi.

Podpowiedz jak wytrwać w swoim postanowieniu. Jak ponownie nie zapełnić szafy, biblioteki, nie zacząć gromadzić niepotrzebnych nam rzeczy?

– Zwykle taka ciągota pojawia się, kiedy zabrakło odpowiedzi na pytanie „po co to robię”? Minimalizm nie oznacza, że mamy 25 rzeczy w domu i ani jednej więcej. Po prostu po jakiś czasie rzeczy przestają człowieka zajmować. Wiem, co mam, a czego nie mam. Jeśli potrzebuję czegoś to kupuję lub wypożyczam, wymieniam. Znam siebie i wiem, czego naprawdę chcę. Takie podejście daje mnóstwo spokoju i przestrzeni. Wprowadzenie do życia minimalizmu można porównać z dietą zdrowego sposobu odżywiania. Jeśli wracasz do starych nawyków, bo nie dość dobrze wszystko przemyślałeś to z czasem pojawia się efekt jojo. A może po prostu tak naprawdę nie chcesz być minimalistą i to jest twój wybór. To jest też ok, znam wiele takich osób i ich nie oceniam. Nie czuję się ewangelistą minimalizmu. Nie twierdzę, że to jest dobry sposób na wszystko. Najważniejsze byśmy takie decyzje podejmowali świadomie i na własny rachunek. Gdybym nie pisała bloga, to zapewne nie mówiłabym, że jestem minimalistką. A raczej miłośniczką prostego życia, spokoju i zaufania do siebie…

*Katarzyna Kędzierska jest blogerką i autorką książek książek Chcieć mniej. Minimalizm w praktyce oraz Odkrywanie mindfulness. Szczerze o medytacji uważności.

Wróć do Aktualności